Małe prowincjonalne miasteczko, prowincjonalna (choć spora) galeria handlowa. - Bo ja, proszę pani - perorował starszy facet - jeżdżę tutaj jak po wsi! Bo ja we Wrocławiu mieszkam!
No, Się nie miało wątpliwości skąd ów gość i gdzie jego marzenia.
Z dwa, może trzy tygodnie temu Się jechało krajową dziewiątką i nagle - tam gdzie do tej pory była rozsypująca się drewniana chata - stał czysty, niemal nowy piec kaflowy. - Jak ze mną. Tyle ze mnie zostało - Się dziś (P.)rzypomniało.
I tradycją tego dnia była cisza. Nic poza tym i nic ponad to. Taka cisza mówiła niekiedy więcej niż jakiekolwiek najpiękniejsze słowa. Się widziało ją idącą z telefonem przy uchu, potem ze wzrokiem utkwionym w ekran, zamyśloną jakby na wstecznym... czyżby dziwiło ją, że droga gofrownica nijak nie zastąpi jednego słowa?
- Umieć czytać to przekleństwo - wypalił Ośmiolatek, wpatrując się w półki apteczne. I była w tym ogromna Prawda. Niekiedy Się chciało pozostać analfabetą, by poczuć choć namiastkę jakiejkolwiek magii.
I stałość rzeczy miała w sobie jakiś urok, ale stałość przedłużająca Się i niekończąca Się była już zbyt męcząca. I wtedy zapowiedziano lekki powrót do... stałości poprzedniej.
Się nie cieszyło. Blisko było pusto, cicho, nijak jak tylko może być na scenie.